Banki w składzie porcelany?
 Oceń wpis
   

...a wszystkim Pannom i Paniom - najlepszego!

Komisja Nadzoru Finansowego nie przestaje zaskakiwać - tym razem w polemiczno-felietonowym stylu. W kilku zgrabnych akapitach rozprawia się z mitami odnośnie Rekomendacji T. To już kolejny tekst skierowany nie do instytucji finansowych, a raczej do klienta - czyżby skończyła się cierpliwość bankowego „chłopca do bicia”?

Materiał nie zawiera wprost sformułowania „to nie my jesteśmy źli, to banki czasami zapominają się w pogoni za zyskiem” - ale to właśnie możemy przeczytać między wierszami. Faktycznie: większość banków dostosowała poziom akceptacji ryzyka jeszcze zanim rekomendacja została oficjalnie ogłoszona. Ale trudno spodziewać się, że przy pierwszych objawach odbicia rynku banki nie wrócą do kolorowego jarmarku kosztownych (dla klienta) ofert, prześcigając się w marketingowych okrzykach. Wystarczy rzut oka na zmiany w ofertach - nie są to być może mocne obniżki, ale widać porozumiewawcze mrugnięcie okiem - teraz jest taniej, potem będzie drożej, więc kupuj. Jak uczy nas historia, pamięć o kryzysach - i ich źródłach - jest na rynkach finansowych krótka, a każdy pozytywny sygnał z rynku to znak - znów można zarabiać! Oczywiście, nie oznacza to, że w okresie „przedrekomendacyjnym” nie trafimy na dobrą - i korzystną - ofertę. Kryzys może i odpuszcza. Wymagania co do zdolności kredytowej - z pewnością wzrosną. Ważne jednak, żeby pod naporem mieszanki reklam i medialnego szumu nie stracić głowy.

KNF kolejny raz uderza w bęben autoregulacji rynku bankowego. Faktycznie, nasze instytucje finansowe i rynek nieruchomości nie ucierpiały tak jak chociażby rynek amerykański, gdzie nadpalony (najczęściej przez kredytobiorców, przerzucających zadłużenie hipoteczne na firmy ubezpieczeniowe) dom możemy nabyć za symbolicznego dolara. Ale zamiast cieszyć się z faktu, że tornado okazało się jedynie solidną nawałnicą, nie lepiej wzmocnić zabezpieczenia na przyszłość? Praktycznie żadna ze strategii rozwojowych nie przetrwała próby kryzysu;  optymizm, napędzający otwieranie kolejnych placówek, wygasł. Na jak długo? Umówmy się - tam, gdzie mowa o wielkich pieniądzach, o autoregulacji możemy jedynie pomarzyć.

Jeśli jednak spojrzymy na sprawę z drugiej strony - można mieć do KNF żal, że prowadzi swoją działalność informacyjno-publicystyczną niejako zamiast dialogu z bankami. Toczenie swoistej wojny podjazdowej przez obydwie strony z pewnością nie wpływa pozytywnie na ogólny wizerunek branży. Oczywiście - żal bankowców związany z „wykluczeniem finansowym”  części klientów (szczególnie tych mocno narażonych na popadnięcie w spiralę zadłużenia) to swoisty taniec słonia w składzie porcelany - ale może zamiast walki na słowa między Komisją a bankami, czas na rzetelne zajęcie sie problemem niebotycznych kosztów pożyczek z instytucji pozabankowych?

Komentarze (3)
Zima znów zaskoczyła drogowców...
 Oceń wpis
   

...rośnie sobie...
Gdziekolwiek nie spojrzeć - zaspy śnieżne. Aura - boleśniej niż  dotychczas - doświadcza drogowców, kolejarzy i lotników - ale przede wszystkim pasażerów, zmuszonych do odwołania służbowych czy prywatnych podróży. Przy odpowiednim samozaparciu można by pewnie oszacować ekonomiczne koszty tej zimy. Tylko - komu wystawić rachunek?

Ale nie o gwiazdkach z płatków śniegu, a o tych z reklam ostatnio głośno. Po części dlatego, że kolejny raz prezesi banków zarzekają się, że z ich kampanii poznikają gwiazdki i dodatkowe warunki prezentowane małym druczkiem. Po części także za sprawą planowanych zmian w ustawie o kredycie konsumenckim. Zmian, które w założeniu oznaczać mają lepszą ochronę klientów. A które - jak zwykle - przełożą się na kolejny wzrost kosztów kredytów.

Tak jak i w przypadku Rekomendacji T, zaostrzającej podejście do szacowania zdolności kredytowej klienta, tak i nowe regulacje odnośnie kredytów konsumenckich mogą zostać odebrane jako „naprawianie dobrego”, które w efekcie najbardziej odbije się na kieszeni tych, których ochrona ma się polepszyć. Pamiętajmy jednak, że to kieszeń wirtualna - przecież kredytowa. Nie pozostanie to też bez wpływu na budżety banków - te już mówią o konieczności zwiększenia marż, wydłużenia procesu udzielania kredytów i dodatkowych wydatkach na oprogramowanie. Droższe kredyty zaś - i mniejsza dostępność pożyczek na zakup mieszkania - to mniejsza sprzedaż.

Jak nie reklamować by „końca kryzysu” czy „odwilży” na rynku nieruchomości, warunki kredytowania dla klientów indywidualnych szybko się nie poprawią. I można by pochylić się nad smutnym losem akcji kredytowej, gdyby nie fakt, że ani rosnąca górka złego zadłużenia, ani coraz większe problemy z rzetelnym porównaniem ofert bankowych nie wzięły się znikąd. W bajkę o samoregulacji rynku nie wierzą już chyba nawet jej najwięksi miłośnicy. Tymczasem krytyka zmian ze strony banków nasuwa smutny wniosek: nie chcą klienta świadomego, wyedukowanego, dobierającego produkty finansowe podług swoich potrzeb i możliwości. Przecież na „jeleniu” zarabia się lepiej.

Tyle, że do czasu.

 

Komentarze (2)
Oszczędzamy?
 Oceń wpis
   

...podatki?

W ubiegły weekend „świętowaliśmy” Światowy Dzień Oszczędzania. Sądząc po danych NBP - świętowaliśmy go głównie... wydając. O ile wzrost konsumpcji to dobry znak dla gospodarki, o tyle źródło wydawanej gotówki - kredyty - pozostaje rosnącym zmartwieniem banków. Kryzys podobno mija. Kwota źle spłacanych wierzytelności wciąż jednak rośnie. W tym świetle zapewnienia Marka Kondrata w nowej kampanii reklamowej ING - iż Amerykanie powinni uczyć się od nas oszczędzania - brzmią bardziej jak żartobliwe podchodzenie rodzimych klientów „na ambicję”. W końcu nie możemy być od Amerykanów gorsi, prawda?

A prawda jest taka, że klimat do oszczędzania zdecydowanie się popsuł. Z raportu Newspoint wynika, iż lokaty i konta oszczędnościowe nadal są często poruszanym i dyskutowanym tematem, niemniej po drastycznych obniżkach oprocentowania depozytów z półrocza - trudno dziś o powalającą na kolana ofertę z dwoma cyframi - czy chociażby samotną siódemką. Przed przecinkiem, oczywiście. Także burza, jaka rozpętała się wokół lokat „antybelkowych” - opinia, iż de facto depozyty te powinny zostać zgłoszone do służb skarbowych - nie zachęca do składania pieniędzy w bankowych skarbcach. Całości dopełnia krok rządu postrzegany przez niektórych jako „zamach na oszczędności emerytalne”.

W tym wszystkim ciekawie prezentują się dwie akcje promocyjne banków - paraedukacyjna operacja drukowania „e-lementarzy” e-bankowości przez ING oraz nowa kampania reklamowa mBanku, oparta o skomputeryzowane „babcie”. Czy to znak, że szykuje się „skok” na być może niezbyt wysokie, za to regularne i stałe wpływy emerytów i rencistów? Jeżeli ZBP uda się wprowadzić planowane poprawki do przepisów o płacach i świadczeniach społecznych, rynek bankowy rozszerzy się o całkiem spory segment dotychczas nisko ubankowionych potencjalnych klientów. A to oznacza chociażby możliwość operowania dość sporymi - ze względu na skalę - osadami na praktycznie nieoprocentowanych rachunkach. Jak widać, pierwsze ruchy zostały już wykonane.

Notka pochodzi z Przeglądu Finansowego Bankier.pl nr. 44/2009

Komentarze (2)
Rekomendacja T a ping-pong
 Oceń wpis
   

Na Rekomendację T czekamy już od zeszłego roku. W międzyczasie pojawiła się „pół-rekomendacja” SII dyscyplinująca banki m.in. w materii spłaty kredytów w walutach obcych; tuż przed wakacjami doczekaliśmy się ustaw o charakterze antykryzysowym. I - jak pokazuje praktyka - niefunkcjonalnych. Droga do litery T w elementarzu bankowych regulacji zdaje się nadal daleka. Dlaczego?

Jak zwykle, diabeł tkwi w szczegółach.  KNF chciałaby wymusić wyjątkowo skrupulatne badanie zdolności kredytowej każdego potencjalnego pożyczkobiorcy. Banki pytają: jak wiele obszarów życia, jak wiele kwitów mamy przeglądać? Zgodnie z projektem rekomendacji do wyliczenia możliwości zadłużenia się należałoby wliczać dość szeroki zakres stałych zobowiązań klienta - wyobraźnia podpowiada tu wszystko, co mieści się pomiędzy opłatami za paliwo czy ubezpieczenie samochodu, po analizę wyciągów z karty płatniczej czy kredytowej - co, jeśli zdecydowanie zbyt często (zdaniem algorytmu) dokonujemy zakupów w całodobowym sklepie osiedlowym? Granicę wyznaczyć może tu Generalny Inspektor Danych Osobowych, o opinię którego z pewnością zahaczą rozmowy między Komisją a Związkiem.

Trudno dziwić  się  Związkowi - każda dodatkowa procedura związana z badaniem zdolności kredytowej to dodatkowy czas - i koszt. O ile banki zdążyły przyzwyczaić klientów do haseł „decyzja w 24-48-72 godziny” - i wycofanie się z tego standardu da wytłumaczyć się kryzysem - o tyle koszty, jak zwykle, spoczną na kliencie. W postaci marży chociażby. To nie wspomaga konkurencyjnej walki.

Banki zdają się przekonywać - „ok, zanim uderzył kryzys, trochę poszaleliśmy z oceną ryzyka, ale wyciągnęliśmy wnioski i już sami zacieśniamy ryzykowe sito”. Pytanie, czy taki głos znajdzie zrozumienie w Komisji. Pytanie też, czy banki faktycznie wyciągnęły trwałe wnioski z ostatnich - i bieżących problemów - z nadmiernym, źle spłacanym zadłużeniem Polaków. Kredyty hipoteczne wciąż spłacane są w miarę rzetelnie, ale już w segmencie kredytów gotówkowych czy kart - widzimy rosnące zagrożenia. Dla wielu klientów prawdziwy kryzys dopiero się zaczyna - i za wcześnie na odtrąbianie końca recesji.

Nic nie wskazuje na to, by swoisty ping-pong związany z nową regulacją miał się ku końcowi. Póki co, nadal możemy się zadłużać. Ze zdecydowanie podniesionym ryzykiem, oczywiście.

Komentarze (1)
Cenowy zawrót głowy czy wakacje od rozumu?
 Oceń wpis
   

...morze, nasze... eee, egipskie morze...

Przeglądam raport Bankier.pl i Wealth Solutions o cenach nieruchomości w pasie wybrzeża. Naszego wybrzeża. I co z niego wynika?

Wakacje nad morzem skłaniają do odprężenia i zapomnienia o otaczającej nas rzeczywistości. W takim permanentnym stanie zdają się trwać sprzedawcy lokali nad naszym zimnym Bałtykiem. Ceny rzędu 12 tyś. zł za metr kwadratowy pozwalają na nabycie apartamentu w centrum Wrocławia czy w Warszawie. Trudno nie odnieść wrażenia, że obecni właściciele opisywanych lokali nabyli je tuż przed lub w ubiegłorocznych szczytach. I nadal nie pogodzili się z myślą, że ich ceny marzeń nie korespondują z marzeniami nabywców czy najemców.

Drugi, „wakacyjny” dom? Ta dobrze opakowana marzeniami marketingowa wizja nadal jest oderwana od realiów – obecne ceny mieszkań, choć spadające, w połączeniu z utrudnionym dostępem do kredytów powodują, że dla większości Polaków nawet ten „pierwszy”, własny dom staje się mało dostępny. Zanim damy się więc skusić mirażom luksusu nad Bałtykiem, warto zadać sobie pytanie – co zrobić z lokalem odległym o 200-500 kilometrów, poza sezonem? Wynajmować? Jeśli nawet znajdziemy chętnych na najem z wyłączeniem najprzyjemniejszych, letnich miesięcy, nadal pozostaje pytanie – czy będą gotowi płacić horrendalne pieniądze za „cudzy” lokal – słowem, czy potencjalny właściciel wyjdzie na takiej inwestycji przynajmniej „na czysto”? Raczej nie. To oferta dla tych, których stać na utrzymywanie drugiego domu dla czystej przyjemności urlopowego pobytu. Ale czy za tę cenę nie lepiej nabyć dom – ba, całe siedlisko – nad mazurskim jeziorem? Potencjalne dochody z wynajmu porównywalne, pogoda równie nieprzewidywalna, widoki piękne. Tylko finansowo nijak nie wygląda to racjonalnie. Tak długo, jak nie planujemy zakupu lokalu czy domu do stałego pobytu.

Z czysto inwestycyjnego punktu widzenia, o wiele korzystniejszym rozwiązaniem byłoby ulokowanie gotówki na lokatach i kontach oszczędnościowych – przy założeniu, że dysponujemy tak pokaźnymi zasobami finansowymi, możliwe byłoby wynegocjowanie wcale korzystnego oprocentowania. Inną długoterminową  formą inwestycji mogłyby być chociażby grunty – w dalekim horyzoncie nadal można na nich zyskać. Tylko należy postawić sobie pytanie: skąd wziąć wolny milion na zakup nadmorskiego lokalu?

I tu dochodzimy do sedna sprawy. W większości przypadków inwestycja w nieruchomości położone w nadmorskim pasie musiałaby opierać się o spory (i kosztowny) kredyt hipoteczny. Mówiąc wprost – to inwestycja z wyjątkowo wielkim i ryzykownym lewarem, bez gwarancji zysku, a wręcz – jeśli swoista „brzegowa bańka” w końcu pęknie – z gwarantowaną  stratą, jeśli chcielibyśmy stosunkowo szybko wycofać się z zaangażowania. Ani tendencje związane z klimatem, ani ryzyko podniesienia cen zagranicznych wycieczek z powodu rosnących kosztów transportu lotniczego nie spowodują nagłego wzrostu zainteresowania wakacjami nad „polskim” morzem.
Propozycja nabycia lokalu na wybrzeżu pod wynajem wydaje się mieć sens tylko dla tych, którzy po 30 latach spłacania kredytu zamierzają przenieść się „na swoje” nad urokliwy, acz kapryśny Bałtyk, niezależnie od rynkowych wahań. Ale jeśli jesteśmy zdecydowani, by inwestować na odległość – czemu ograniczać dystans? Póki co, w dotkniętej kryzysem Hiszpanii zdarzają  się lepsze oferty. Nie oszukujmy się, żaden podniesiony standard wykończenia, żaden luksus nie zmieni temperatury wody, a wybrzeże jeszcze długo pozostanie miejscem „sentymentalnym”, a nie kurortem z prawdziwego zdarzenia.

Zbliżają się chłodne miesiące – co oznacza mniejsze zainteresowanie pobytem nad morzem i chociażby konieczność konserwacji, ogrzewania lokali. Być może mróz przypomni sprzedawcom – o powrocie do rzeczywistości. Obecne ceny są nie do zaakceptowania – jak widać po małej rotacji ofert – nawet dla bardziej zasobnych nabywców, a brak perspektywy odbicia na rynku kredytowym z pewnością tej sytuacji nie poprawia. Ten stan nie może trwać wiecznie – w końcu trzeba będzie zejść z obłoków na zwykłą, wietrzną polską plażę.

Komentarze (2)
Zakredytowani po uszy
 Oceń wpis
   

Kolejne dwa banki zostały trafione „niedozwolonymi klauzulami” w umowach. Cały czas czekamy na wyrok w sprawie BRE - i „starego portfela”. Jedna fuzja za nami, praktycznie na bieżąco rozpoczyna się kolejna - banków GE i BPH. Biorąc pod uwagę możliwość komplikacji - jak przy „łączeniu się przez podział” z PEKAO - może być interesująco. I frustrująco, z punktu widzenia klientów. Ale - umówmy się - fuzje to rutyna.

Jak widać ani słowa Brunona Bartkiewicza, ani wprowadzenie w życie Rekomendacji S II banków nie zabiły. Niebezpieczeństwo czai się gdzie indziej - nie w słowach „kolegi po fachu”, ani w przyjmowaniu rat w walucie kredytu - swoją drogą, obłożonym solidnymi opłatami. Kredyty gotówkowe - i zadziwiająca liczba klientów „przeproduktowanych”, zakredytowanych po uszy.

Niektórzy szacują tę liczbę na 80, niektórzy na 100 tysięcy. To osoby ze średnio 10 kredytami, najczęściej spłacające jedną pożyczkę drugą, drugą pożyczkę trzecią... i tak dalej.  Ten swoisty surfing finansowy mógł być bezpieczny jeszcze kilka lat temu - dziś może okazać się gwoździem do przysłowiowej trumny - zarówno dla zadłużonych klientów, jak i samych banków, zmuszonych zawiązywać solidne rezerwy na okoliczność zagrożonych wierzytelności, co widać już po wynikach II kwartału - a z pewnością odbije się także na kolejnych.

To jedna z „tykających” bomb - o której wspominano już dawno temu. Teraz otwarcie do problemu gwałtownie pogarszającego się portfela kredytów gotówkowych przyznał się Kredyt Bank. Drugą bombą mają być karty kredytowe - wzrasta liczba posiadaczy „plastików” spłacających jedynie minimalną wymaganą kwotę. To nie jest dobra wróżba.

Można by spytać - po co nam rozbudowana struktura analizy ryzyka, po co dostęp do danych BIK, skoro i tak ktoś te produkty - potencjalnie ryzykownym klientom sprzedał? W którym momencie słupki sprzedaży zasłoniły ocenę sytuacji?

Ale wiadomo, mądry bankowiec po szkodzie. Pytanie tylko, czy branża wyciągnie z tej sytuacji wnioski - i jak długo  utrzymają się one w świadomości bankowców. Do kolejnej produktowej wojny?

Komentarze (2)
Gra na wzrosty?
 Oceń wpis
   

NewsPoint wraz z portalem finansowym Bankier.pl przygotował raport dotyczący wypowiedzi doradców rynku nieruchomości na temat wzrostu i spadku cen. Analizie poddano artykuły w polskich serwisach internetowych z okresu 1 stycznia 2008 r. – 20 lipca 2009 r. Raport dostępny jest np. tutaj.

Obserwując dynamikę publikacji odnośnie wzrostów i spadków cen nieruchomości trudno nie zauważyć niepokojącego zjawiska. Chodzi o komentarze, jakimi obudowywany był przekaz informacyjny. W ciągu dwóch ostatnich kwartałów ubiegłego roku mogliśmy wielokrotnie przeczytać: „ceny mieszkań będą rosły, taniej nie będzie”, „kupuj, to ostatnia szansa”. W czym problem?

Wnikliwy czytelnik może zauważyć, że wiele publikacji odnośnie rynku mieszkaniowego to bezpośrednie przedruki analiz i prognoz prezentowanych przez np. firmy doradztwa finansowego. To powinno powodować zapalenie się czerwonej ostrzegawczej lampki: czy na pewno przedstawiciele firm, które pośredniczą w procesie udzielania kredytu czy w obrocie nieruchomościami (i de facto zarabiają na wolumenie sprzedaży) to w pełni wiarygodne źródło informacji? Czy opracowania oparte o ceny ofertowe, bez uwzględnienia cen transakcyjnych, mogą stanowić rzetelną rekomendację?

Zarówno rynkowi gracze, jak i media przedrukowujące ich analizy przyłożyły rękę do nieruchomościowej bańki. Bańka pękła. Ci, którzy uwierzyli w optymistyczne prognozy w drugiej połowie 2008 roku - mogą mieć żal wyłącznie do siebie. Poza pojedynczymi przypadkami przyznania się do błędu w ocenie rynku - winnych brak.

Spadek cen stał się faktem, którego nie dało się zaczarować. Ograniczenie liczby udzielanych kredytów, zmiana podejścia do pożyczek w walutach obcych czy popularność programu „Rodzina na swoim” – i związane z nim limity - wymusiły na deweloperach i właścicielach mieszkań rezygnację z „ceny marzeń”. Jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że przekroczona została granica pomiędzy informacją a kreowaniem wirtualnej, medialnej rzeczywistości. Zaburzona została równowaga pomiędzy interesem czytelnika – odbiorcy informacji, a doraźnym interesem pośredników czy sprzedawców. Warto pamiętać o tym, sceptycznie podchodząc do prasowych rewelacji z rynku nieruchomości. Szczególnie planując zaangażowanie finansowe na niebagatelny okres średnio trzydziestu lat.

Komentarze (0)
Zmowa milczenia?
 Oceń wpis
   

Prezes Bruno Bartkiewicz nie pozostawił suchej nitki na całości sektora bankowego. W wywiadzie udzielonym Pulsowi Biznesu nie powiedział niczego nowego - jednak jako pierwszy tak otwarcie (i tak konkretnie, niemal wskazując palcem winnych) skrytykował podejście banków do klienta. Z dramatyzmem godnym historii księgowego mafii, zdradzającego sekrety organizacji. Nie bez bicia we własną pierś - Prezes Bartkiewicz przyznaje się do błędu z kredytami we franku szwajcarskim. Pytanie - co dalej?

W czasach dekoniunktury banki komunikują się  z klientami głównie poprzez zmiany tabel opłat i prowizji oraz reklamy telewizyjne, fakt. Tylko czy ostre słowa prezesa ING cokolwiek zmienią w tej sytuacji? UOKiK i tak reaguje na zbyt drobne gwiazdki w spotach reklamowych zachwalających depozyty, banki i tak wciąż stosują gwiazdki - przecież zanim zostaną złapane za rękę, zdążą zbudowac wizerunek produktu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że instytucje - było nie było - zaufania publicznego, jak lubią być postrzegane banki - nadużywają czasem zaufania klienta. I jak w starym dowcipie, po wizycie w placówce i zapoznaniu się ze szczegółami oferty okazuje się, że nie na Placu Czerwonym, a w Petersburgu, nie samochody, a rowery, i nie rozdają, a kradną. I 8 procent - tak ładnie prezentująca się w reklamach cyfra - nagle staje się czwórką.

Po publikacji wywiadu dla PB prezes Bartkiewicz zamilkł - czy teraz mamy się spodziewać mocnej kampanii wizerunkowej banku z lwem? Szkoda byłoby nie wykorzystać takiej okazji - okazji na budowanie opinii banku poważnie podchodzącego do współpracy z klientem. Banku dbającego o edukację i świadomość finansową swojego partnera. Inaczej kontrowersyjna wypowiedź prezesa Bartkiewicza pozostanie wołaniem na puszczy - bo w obliczu obecnej sytuacji rynkowej i ostrej konkurencji debaty odnośnie standardów komunikacji z klientem raczej nie możemy się spodziewać.

W starym dobrym kinie Coppoli Bruno Bartkiewicz obudziłby się z głową konia w nogach łóżka. W rzeczywistości odbieramy komunikaty mniej radykalne - odpowiedzi biur prasowych oskarżonych przez prezesa banków. Czy odważne wystąpienie okaże się wstępem do szeroko zakrojonej akcji marketingowej, czy choćby zarzewiem dyskusji?

Komentarze (2)
Rodzina na kocią łapę?
 Oceń wpis
   
bankotomat?

Polski Związek Firm Deweloperskich i Związek Banków Polskich doszły do porozumienia w zakresie proponowanych zmian w zasadach dopłat do kredytów hipotecznych - i zamierzają lobbować za swoimi rozwiązaniami w ministerstwach i sejmowych komisjach. Proponują między innymi rozszerzenie dopłat na cały okres kredytowania, przy jednoczesnym  ograniczeniu pomocy do sytuacji przekroczenia określonego pułapu oprocentowania, czy urealnienie limitów obowiązujących w otoczeniu aglomeracji. Ale nie tylko.

Propozycją, która może budzić kontrowersje, jest wyłączenie z systemu dopłat mieszkań z rynku wtórnego. Wspieranie rozwoju budownictwa - czy raczej podtrzymywanie budownictwa mieszkaniowego w ogóle - to jedno, ale co z tymi, którzy kredyt hipoteczny - i mieszkanie - już mają i chcą pozbyć się obydwu? Mogłoby się zdawać, że „wielcy” - czyli banki i deweloperzy - pokazują „maluczkim” właścicielom figę i chichoczą: „kupiłeś na górce, to teraz się martw”. Oczywiście, pozostaje jeszcze wynajem...

Dworowałem już z „prorodzinnego” aspektu pomocy państwa - tymczasem PZFD i ZBP chcą, by dopłaty do kredytów mogły także otrzymać osoby samotne. To zmiana postulowana wielokrotnie, jednak mogłaby być także wielce korzystna dla... par, które od formalizowania związku wolą życie „na kocią łapę” I tu tkwi jednak haczyk - nie tyle prawny czy ustawowy, co dość przyziemny: o ile w przypadku takiego „samotnego” kredytobiorcy bank oceni ryzyko z użyciem precyzyjnych narzędzi, partner - solidarnie spłacający kredyt - może liczyć jedynie na uczucia. I uczciwość towarzysza czy towarzyszki życia. A z uczuciami - jak z kotami - jak wiemy, bywa różnie. Lubią chodzić swoimi drogami.

Kto na obecnej sytuacji rynkowej i proponowanych zmianach skorzysta najwięcej? Najprawdopodobniej studenci. Jeszcze rok temu zmuszeni byli do dzikiej pogoni za kwaterą - pokojem czy chociaż skrawkiem podłogi w przystępnej cenie - z dużym wyprzedzeniem. Prognozy dotyczące rynku wynajmu tym razem pozwolą im spać spokojnie.

Komentarze (0)
Zabierz babci dowód, oddaj klawiaturę
 Oceń wpis
   

Związek Banków Polskich – w kooperacji z bankami i SKOKami – pracuje nad przepisami, które pozwolą walczyć z tzw. wykluczeniem finansowym, jakie dotyczy niemal połowy Polaków. Wykluczeniem w postaci braku najbardziej podstawowego narzędzia rynkowego – konta bankowego. To pieczenie minimum trzech ptaków na jednym rożnie – “wykluczeni” zostaną przygarnięci na łono szczęśliwej nowoczesnej populacji, zrealizowany zostanie dodatkowy krok w stronę wspierania obrotu bezgotówkowego, a bankom… bankom przybędzie klientów.

Czymże jest to wykluczenie finansowe? Ot, nie posiadając konta w banku nie mamy praktycznie – poza kwitami poświadczającymi regularne dokonywanie opłat za gaz, prąd czy telefon – żadnej dokumentacji zarobków, żadnej historii finansowej pozwalającej na ocenę ryzyka kredytowego. W takiej sytuacji ciężko nawet o pożyczkę “na dowód” (która, jak się okazuje, nie zawsze jest faktycznie tylko “za okazaniem dokumentu tożsamości”). Nie wspominając o strudzonych nogach listonoszy roznoszących renty i emerytury – to także koszty utrzymywania kas (i zabezpieczania gotówki dla nich) przez zakłady pracy. To także trzymanie pieniędzy “w skarpecie” (co ułatwia sprawę bezdusznym kradziejom napadającym staruszków). I – nie oszukujmy się – pieniądze w skarpetach nie pracują – ani dla właściciela, trawione pleśnią inflacji – ani dla banku, który potencjalnie mógłby tymi pieniędzmi obracać.

Jak miałaby ta walka, z wykluczeniem finansowym, wyglądać? Otóż dziś z defaultu otrzymujemy świadczenia w gotówce – pole związane z kontem do przelewów jest w większości przypadków (formularze przy podpisywaniu umowy o pracę, papiery zusowskie, papiery podatkowe itd) opcjonalne. Nowe przepisy Kodeksu Pracy miały by odwrócić sytuację – to otrzymywanie gotówki “do ręki” miałoby wymagać dodatkowego oświadczenia. Czyli niejako uszczęśliwiamy z rozpędu pracowników, emerytów i rencistów – przy zgłoszeniu do jakichkolwiek świadczeń musieliby to konto na starcie mieć.

I tu zza winkla wychyla się zagadnienie: niejako “wymusimy” na ludziach zakładanie kont bankowych w chwili, gdy wszelkie Tabele Opłat i Prowizji rozgrzane są do czerwoności od kolejnych zmian i podwyżek.

Jakby nie patrzeć, najtańszą metodą korzystania z konta bankowego jest dostęp do zasobów finansowych przez internet. Tu opłaty utrzymują się na akceptowalnym poziomie. Ale już przelewy zlecane w okienku potrafią słono kosztować. Tak samo jak wyciąganie pieniędzy “z dziury w ścianie”, w bankomacie spoza sieci macierzystej banku. Cofnijmy się do tego naszego wykluczenia finansowego: jeśli założymy nawet roboczo, że tę połowę społeczeństwa bez kont bankowych stanowią w przeważającej części ludzie powyżej 40 – ile z nich potrafi sprawnie korzystać z komputera, ile potrafi sprawnie poruszać się po sieci? Ile z nich zaufa “elektronicznym pieniądzom”, a ile założy konto i pójdzie odstać swoje w kolejce, na końcu której czają się… dodatkowe opłaty?

Słowem, czy ratując ludzi przed wykluczeniem finansowym nie wpychamy ich w szpony wykluczenia elektronicznego?

Z niecierpliwością czekam na finisz prac nad zmianą przepisów. Z niecierpliwością, bom ciekaw, czy ZBP pójdzie o krok dalej i zajmie się kampanią edukacyjną skierowaną do dotychczasowych “wykluczonych”. I czy banki pokuszą się o specjalną ofertę dla “przywracanych na łono rynku finansowego”?

Komentarze (1)
1 | 2 |
Najnowsze wpisy
2010-03-13 13:56 Banki w składzie porcelany?
2010-01-12 09:59 Zima znów zaskoczyła drogowców...
2009-11-21 13:55 Oszczędzamy?
2009-10-25 22:49 Rekomendacja T a ping-pong
2009-08-19 10:51 Cenowy zawrót głowy czy wakacje od rozumu?
Najnowsze komentarze
2011-05-22 19:32
kredytodług:
Zakredytowani po uszy
A parabanki jeszcze bardziej z kredytami bez bik.
2011-05-22 19:26
-kredyty, konta bankowe-:
Cenowy zawrót głowy czy wakacje od rozumu?
Pewnie że nie, to oszczędzanie, ale za to bezpieczne.
2011-05-22 05:54
kredyt.kupiecki:
Zima znów zaskoczyła drogowców...
A kiedy zima NIE zaskoczyła naszych służb drogowych...
2011-05-20 17:58
pożyczki pryw.:
Zakredytowani po uszy
Tak czy inaczej, banki wychodzą na swoje.
2011-05-18 16:20
konkred:
Banki w składzie porcelany?
Juz jest niby zmiana w ustawie o kredycie konsumenckim ale nic nie wnosi praktycznie. Chodzi mi[...]
2011-05-14 06:04
fundusze.:
Zima znów zaskoczyła drogowców...
To fakt, a "jeleni" którzy nie myślą wciąż nie brak.
2011-05-05 18:32
chwilówki bez bik:
Cenowy zawrót głowy czy wakacje od rozumu?
Lokaty bankowe to żadna inwestycja.
2011-05-05 17:59
kredyty hipoteczne.:
Banki w składzie porcelany?
Za parabanki też się wezmą niebawem, z tymi ich kredytami bez BIK.
O mnie
blackops
Archiwum
Rok 2010
Rok 2009