
Komisja Nadzoru Finansowego nie przestaje zaskakiwać - tym razem w polemiczno-felietonowym stylu. W kilku zgrabnych akapitach rozprawia się z mitami odnośnie Rekomendacji T. To już kolejny tekst skierowany nie do instytucji finansowych, a raczej do klienta - czyżby skończyła się cierpliwość bankowego „chłopca do bicia”?
Materiał nie zawiera wprost sformułowania „to nie my jesteśmy źli, to banki czasami zapominają się w pogoni za zyskiem” - ale to właśnie możemy przeczytać między wierszami. Faktycznie: większość banków dostosowała poziom akceptacji ryzyka jeszcze zanim rekomendacja została oficjalnie ogłoszona. Ale trudno spodziewać się, że przy pierwszych objawach odbicia rynku banki nie wrócą do kolorowego jarmarku kosztownych (dla klienta) ofert, prześcigając się w marketingowych okrzykach. Wystarczy rzut oka na zmiany w ofertach - nie są to być może mocne obniżki, ale widać porozumiewawcze mrugnięcie okiem - teraz jest taniej, potem będzie drożej, więc kupuj. Jak uczy nas historia, pamięć o kryzysach - i ich źródłach - jest na rynkach finansowych krótka, a każdy pozytywny sygnał z rynku to znak - znów można zarabiać! Oczywiście, nie oznacza to, że w okresie „przedrekomendacyjnym” nie trafimy na dobrą - i korzystną - ofertę. Kryzys może i odpuszcza. Wymagania co do zdolności kredytowej - z pewnością wzrosną. Ważne jednak, żeby pod naporem mieszanki reklam i medialnego szumu nie stracić głowy.
KNF kolejny raz uderza w bęben autoregulacji rynku bankowego. Faktycznie, nasze instytucje finansowe i rynek nieruchomości nie ucierpiały tak jak chociażby rynek amerykański, gdzie nadpalony (najczęściej przez kredytobiorców, przerzucających zadłużenie hipoteczne na firmy ubezpieczeniowe) dom możemy nabyć za symbolicznego dolara. Ale zamiast cieszyć się z faktu, że tornado okazało się jedynie solidną nawałnicą, nie lepiej wzmocnić zabezpieczenia na przyszłość? Praktycznie żadna ze strategii rozwojowych nie przetrwała próby kryzysu; optymizm, napędzający otwieranie kolejnych placówek, wygasł. Na jak długo? Umówmy się - tam, gdzie mowa o wielkich pieniądzach, o autoregulacji możemy jedynie pomarzyć.
Jeśli jednak spojrzymy na sprawę z drugiej strony - można mieć do KNF żal, że prowadzi swoją działalność informacyjno-publicystyczną niejako zamiast dialogu z bankami. Toczenie swoistej wojny podjazdowej przez obydwie strony z pewnością nie wpływa pozytywnie na ogólny wizerunek branży. Oczywiście - żal bankowców związany z „wykluczeniem finansowym” części klientów (szczególnie tych mocno narażonych na popadnięcie w spiralę zadłużenia) to swoisty taniec słonia w składzie porcelany - ale może zamiast walki na słowa między Komisją a bankami, czas na rzetelne zajęcie sie problemem niebotycznych kosztów pożyczek z instytucji pozabankowych?





